sobota, 25 września 2010

Najmroczniejsi seryjni zabójcy

W minionych epokach seryjni zabójcy miewali związki z czarną magią. Współcześnie też pojawiają się podobni mordercy, których udaje się wytropić dzięki rozwojowi psychologii i kryminologii.
Wśród seryjnych morderców naszych czasów szczególne miejsce zajmuje Adolfo de Jesus Constanzo. Adolfo, z pochodzenia Kubańczyk, urodził się 1 września 1962 r. w Miami na Florydzie. Ten obywatel Stanów Zjednoczonych przez wiele lat utrzymywał się z przemycania narkotyków przez granicę z Meksykiem.

Constanzo, aby zapewnić sobie powodzenie w tej działalności zaczął składać ofiary z ludzi. Twierdził on, że dzięki rytuałom, w trakcie których przelewa ludzką krew, staje się niewidzialny dla wrogów.

Jako amulet Adolfo nosił naszyjnik wykonany z ludzkich kręgów. Nie krył swych praktyk przed kontrahentami, co sprawiało, że obawiano się go bardziej niż policji. Wspólnicy woleli spędzić długie lata w więzieniu, niźli zdradzić Adolfo i narazić się na jego zemstę.

Przystąpienie do gangu Constanzy wiązało się z przejściem serii rytuałów. Odprawiano czarnomagiczne obrzędy, w trakcie których składano siłom zła ofiary, zarówno ze zwierząt, jak i z ludzi. Taką inicjację przeszła również Sara Aldrete, kochanka i prawa ręka Adolfo, młoda blondynka o niewinnym wyglądzie.

W połowie lat 80. XX-go wieku dowodzony przez Adolfo gang przemytników i morderców obrał sobie za siedzibę ranczo o nazwie Santa Elena. Bandyci budzili powszechny strach. I chyba w tym przesadzili. Do policji zaczęły docierać informacje zarówno na temat przemytu narkotyków, jak też morderstw oraz złowieszczych rytuałów praktykowanych na ranczo. 
Wiosną 1989 r. FBI otoczyło ranczo Santa Elena. Aresztowano wtedy kilkoro członków czarnomagicznego gangu. Constanza jednak wraz z Aldrete wymknęli się z oblężenia i uciekli. Policja przeprowadziła drobiazgowe śledztwo, w ramach którego przeszukano cały teren posiadłości. Wstrząśnięci funkcjonariusze odkryli zwłoki 23 ludzi złożonych w ofierze.

Szczątki znajdowały się w różnych stadiach rozkładu.

Biegli ustalili, że ciała ofiar rozczłonkowano w trakcie krwawych rytuałów. Serca, genitalia i kręgosłupy zamordowanych ludzi posłużyły do odprawienia mrocznych obrzędów. Jak już wspomniano, te czarnomagiczne zabiegi gwarantować miały Adolfo niewidzialność i nietykalność w narkobiznesie.

Adolfo zbiegł przed wymiarem sprawiedliwości, ale nie na długo. Schronił się w Meksyku, lecz tamtejsza policja wytropiła jego kryjówkę. Otoczony przez „federales” Constanzo nie poddał się. 6 maja 1989 r. na życzenie Adolfo Sara Aldrete strzeliła mu w głowę. Kobietę ujęto i skazano na długoletnie więzienie. Aldrete wyszła jednak już po 8 latach i zarobiła sporą sumkę na publikacji swych wspomnień.

piątek, 24 września 2010

Prawdziwe bestie w ludzkiej skórze SERYJNI MORDERCY

Prawdziwe bestie 

W drugiej połowie XX wieku stało się coś dziwnego - do idoli młodzieży - zbuntowanych aktorów i hedonistycznych gwiazd rocka dołączyła trzecia grupa, a mianowicie seryjni mordercy. Nie wiedzieć czemu, najgorsze społeczne menty i degeneraci otoczeni byli swoistym kultem wśród dorastającego pokolenia młodych ludzi...


Dość wspomnieć chociażby charyzmatycznego Teda Bundy'ego, który nawet do celi śmierci dostawał tygodniowo setki, jeśli nie tysiące propozycji matrymonialnych od swoich zagorzałych fanek. Z kolei, podobizna Charlesa Mansona swego czasu widniała na t-shirtach niemalże połowy amerykańskich nastolatków. Zresztą Charles Manson to przypadek szczególny, który gościł nawet na koncertach grupy "Guns N'Roses", łypiąc na rozszalałą młodzież z koszulki wokalisty, Axla Rose.

Byli jeszcze m.in. John Wayne Gacy Jr, jako bohater piosenek, David Berkovitz któremu poświęcony był jeden z filmów Spike'a Lee, a także jeszcze niedawno cieszący się niemałą popularnością Zodiak - straszący w filmie Davida Finchera. Był też Ed Gein, który mordowane kobiety odzierał ze skóry, a następnie tworzył z nich prowizoryczne płaszcze, w których paradował po domu - a o którym nawet dzisiaj internauci na forach piszą, że był czadowy. Dla logicznie myślącego człowieka, kult seryjnego zabójcy wydaje się być czymś niesłychanym, niezrozumiałym...



Jednak dla zbuntowanych nastolatków, którzy często szukają do naśladowania dość specyficznych wzorców osobowych czy dla artystów lubiących szokować publikę, temat zwyrodnialców mordujących dla zabawy to studnia z pomysłami. Powstają o nich filmy, książki, piosenki, czy artykuły, chociażby takie, jak ten. Lecz jeżeli zdecydowaliśmy się już poruszyć temat seryjnych zabójców, to po co skupiać się na "płotkach" pokroju Bundy'ego, Mansona, czy Gacy'ego?

Zapraszamy do galerii poświęconej największym mordercom ostatniego pięćdziesięciolecia - do tego "elitarnego" klubu wstęp mają jedynie osoby mające na swoim koncie minimum pięćdziesiąt skalpów... A ile ma najgorszy z nich?



10. Woo Bum-kon

Woo Bum-kon był południowokoreańskim policjantem, który w amoku ranił 35, a zabił 57 osób (w tym siebie). Miało to miejsce w roku 1982 i uznawane jest za największy tego typu przypadek w historii najnowszej.

27-letni Koreańczyk miał ponoć cierpieć na liczne problemy psychiczne, w tym kompleks niższości - nie przeszkadzało mu to jednak w robieniu kariery w policji. Według zeznań jego dziewczyny, Chun Mal-soon, Woo nie radził sobie ze stresem związanym z pracą w policji, a na domiar złego musiał znosić ciągłe docinki mieszkańców wioski, którzy wypominali mu mieszkanie z kobietą w grzechu, bez ślubu.

Mężczyzna okazał się być człowiekiem nad wyraz wątłej konstrukcji psychicznej. Złość i frustracja narastały w nim stopniowo, aż do feralnej kłótni z narzeczoną pod koniec kwietnia 1982, po której Woo Bum-kon zdenerwowany wybiegł z domu wprost do policyjnego magazynu z bronią.

Tam najpierw wypił olbrzymią dawkę alkoholu, po czym uzbroiwszy się po zęby ruszył na łów, by ukarać innych za swoje niepowodzenia.

Woo wkroczył do wioski, gdzie pukał do drzwi kolejnych domostw. Oczywiście, jako, że był policjantem, ludzie chętnie wpuszczali go do środka. Gdy natomiast rodzina zbierała się w komplecie Woo wyciągał karabin i strzelał kolejno do wszystkich. Koreańczyk kroczył od domu do domu, gdy zaś zabrakło domów, skierował się do następnej wioski. W czasie szaleńczego marszu, który trwał osiem godzin, Woo Bum-kon zamordował 57 osób z pięciu wiosek, po czym skończył sam ze sobą.







9. Giuseppe Greco

Giuseppe był "wysokiej klasy" płatnym zabójcą, który działał na zlecenie sycylijskiej mafii. Schedę przejął po ojcu, który dobrze wyszkolił go do fachu zabójcy na zlecenie. Giuseppe, jak przystało na prawdziwego hitmana, wykorzystywał szeroki zakres narzędzi w realizowaniu swoich zleceń - dusił, strzelał, podkładał ładunki wybuchowe, odcinał kończyny, które następnie rozpuszczał w żrącym kwasie.

Również, jeżeli chodzi o dobór ofiar, Greco nie był wybredny - mordował zarówno wysoko postawionych mafiosów, jak i mafiosów średniego szczebla, a także tych niżej. Mordował nawet ich dzieci, które odgrażały się, że pomszczą swoich zmarłych ojców...

Jego kariera w mafii była stosunkowo krótka, jako że krótki był również żywot samego Giuseppe - doczekał on jedynie trzydziestychtrzecich urodzin. Jednak w tym czasie, tylko na początku lat osiemdziesiątych, miał zrealizować około 58 zleceń.

Według niektórych znawców tematu liczba ta w rzeczywistości mogła sięgać nawet 300 morderstw. Zwłaszcza, że wiadomo iż zabijanie sprawiało mu nie lada przyjemność - nawet gdy Giuseppe awansował wyżej w hierarchii mafijnej, co pozwalało mu zlecać mordy młodszym stażem kolegom, on wolał rozprawiać się ze swoimi wrogami osobiście...



8. Yang Xinhai

Kolejny Azjata na liście to urodzony w Chinach, Yang Xinhai. Mężczyzna przyszedł na świat w 1968 roku, w najbiedniejszej rodzinie w swojej wsi. Jego życie od wczesnego dzieciństwa stało pod znakiem drobnych przestępstw, kradzieży, oraz walki o przetrwanie. W toku dorastania, Xinhai wykształcił w sobie odrazę do ludzi i społeczeństwa, wierząc że jest ono niesprawiedliwe i zakłamane.

Określany był jako inteligentny introwertyk, i faktycznie obiektywnie należy przyznać, że nie brakowało mu sprytu. W latach 1999-2003, a więc okresie jego morderczej aktywności, Xinhai grasował w czterech prowincjach - Anhui, Hebei, Henan oraz Shandong. Mężczyzna zwykł zakradać się nocami do wybranych domostw, gdzie mordował nierzadko całe rodziny. W czasie swoich wieczornych misji każdorazowo przyodziewał inny strój, który następnie niszczył, aby nie dać się zidentyfikować policji. Nosił także za duże obuwie.

W 2004 został stracony za 65 morderstw oraz 23 gwałty, których się dopuścił.






7. Pedro Rodrigues Filho

Ten brazylijski seryjny morderca został skazany na 128 lat więzienia za zabójstwo 70 osób, jednak jak sam twierdzi rzeczywista liczba dokonanych przezeń mordów jest znacznie dłuższa - i grubo przekracza setkę.

Jedną z pierwszych ofiar "Piotrusia zabójcy" był jego własny ojciec. Jednak kariera pana Filho nie zakończyła się wraz z umieszczeniem go w zakładzie zamkniętym.

Brazylijczyk przebywający w więźieniu miał ponoć zabić 40 swoich współwięźniów, co staje się najlepszym dowodem słuszności tezy o słabych efektach resocjalizacji.




6. Daniel Barbosa

Urodzony w Kolumbii Daniel Barbosa, został aresztowany za zabójstwo 71 młodych dziewcząt.

Po dość burzliwym okresie młodości spędzonym w swojej ojczyźnie, głównie w więzieniach - za gwałty, Daniel Barbosa wyemigrował do Ekwadoru. Tam osiedlił się i dalej wiódł swoje niecne życie. Jego słabością były młode dziewczyny, które wabił za miasto, a następnie gwałcił w pobliskim lesie, po czym mordował, a ich szczątki pozostawiał do sponiewierania dzikim zwierzętom.

Barbosa miał zwyczaj udawania turysty, który znalazł się w obcym mieście i nie wie co robić. Poszukiwał nastoletnich dziewczyn z biednych rodzin. Następnie przedstawiał im wzruszającą historię, jak to obiecał znajomemu, że przekaże ofiarowaną przezeń dużą sumę pieniędzy na ofiarę pastorowi z jednej z podmiejskich parafii. Swe słowa popierał pokazując gotówkę i obiecywał nagrodę w zamian za pomoc w doprowadzeniu do owej parafii.

Ujęty przez władze w 1986 roku, został osądzony i za zabójstwo 71 dziewczyn dostał maksymalny wówczas wyrok: 14 lat więzienia. W rzeczywistości jednak ten niezwykle inteligentny i oczytany potwór sam mówił, że ma na koncie ponad 150 ofiar. Barbosa nie doczekał końca wyroku - został zabity przez jednego z współwięźniów.






5. Javed Iqbal

Sprawa pakistańskiego seryjnego mordercy, Javeda Iqbala jest dość zawiła. Iqbal w 1999 miał przesłać list do policji, w którym przyznawał się do zgwałcenia, a następnie zamordowania setki dzieci.

Po szerokiej akcji poszukiwawczej - największej w historii Pakistanu - Javed został ujęty i postawiony przed sąd. Jednak, gdy doszło do rozprawy, morderca wyrzekł się wszystkiego, stwierdzając że padł ofiarą wyrafinowanej intrygi, mającej na celu zniszczenie go.

Tłumaczenia Iqbala nie zdały się na wiele - w mieszkaniu Pakistańczyka policja odnalazła ślady krwi, zdjęcia ofiar oraz pojemniki z kwasem, w których pływały jeszcze ludzkie szczątki, co zgadzało się z treścią listu, w którym Javed twierdził że zamordowane dzieci kroi na kawałki, a następnie po rozpuszczeniu w kwasie wrzuca do rzeki. Dodatkowo notatki z dzienników Iqbala charakterem pisma odpowiadały policyjnemu listowi.

Osądzony i skazany na śmierć, ostatecznie popełnił samobójstwo w celi śmierci.



4. Luis Alfredo Garavito Cubillos

"Bestia", podobnie jak Javed Iqbal "gustował" w dzieciach, szczególnie małych chłopcach. Zwykł zjednywać sobie wiejskie dzieci wychowane w biedzie, różnego rodzaju podarkami, słodyczami czy też niewielkimi sumami pieniędzy. A gdy już ofiary zaczynały ufać Garavito i otwierały się przed nim, ten skrzętnie wykorzystywał ów fakt. Zabierał je na spacery, z których żadne dziecko już nie wracało.

Luis Garavito przyznał się do 150 morderstw, jednak z informacji, jakich udzielił policji wynika, że liczba ta mogła sięgnąć nawet 300 młodych chłopców. "Bestia" został przez media okrzyknięty największym seryjnym mordercą świata - lecz w rzeczywistości, plasuje się on dopiero na czwartym miejscu...



3. Henry Lee Lucas

"Zabijałem przez uduszenie, zabijałem potrącając ludzi samochodem, zabijałem przy użyciu pistoletu, zabijałem w czasie rabunków, zabijałem wieszając ludzi. Wymień jakikolwiek sposób, ja robiłem to wszystko."

Henry Lee Lucas to przypadek osobliwy, a do tego bardzo kontrowersyjny. Z początku działał sam, z czasem jednak połączył siły z innym indywiduum - podpalaczem i transwestytą na pół etatu, Ottisem Toole. Wspólnie mieli podróżować po autostradach międzystanowych, przy okazji mordując autostopowiczów.

Ta doskonale dobrana para morderców, a według Ottisa również kochanków, ponoć mordowała średnio raz na pięć dni. Toole w jednej z wypowiedzi stwierdził "Braliśmy autostopowiczki i Lucas zabijał je w większości przypadków samodzielnie. Jednym strzelał w głowę, innym w klatkę piersiową, natomiast jeszcze inne dusił albo zabijał lewarkiem."

Henry Lee z całą pewnością ukatrupił trzy osoby, co zostało ponad wszelką wątpliwość udowodnione. Jednak w miarę jak zaczynała się nim interesować policja oraz media, stwierdził że ofiar było około dwustu. Z czasem zwiększył liczbę do sześciuset, aż wreszcie do trzech tysięcy.

Jaka jest prawda, nie wiadomo. Policja w toku śledztwa spostrzegła szereg błędów w opisach i zeznaniach Lucasa. Niektórzy twierdzą nawet, że Henry specjalnie kłamał wymyślając coraz to nowe morderstwa, aby pozostawać w centrum uwagi. Obecnie panuje przekonanie, że mógł zabić około 180 osób.



2. Dr Harold Shipman

"Doktor Śmierć", solidnie zapracował na swój czarny wizerunek w prasie. Harold Shipman był lekarzem ogólnym w Donneybrook Medical Center, zlokalizowanym w Hyde w Wielkiej Brytanii. Poza drobną wpadką z fałszowaniem recept, jego kariera przebiegała niemal bez zarzutu...

Dopiero w 1998 jedna z pracownic domu pogrzebowego "Frank Massey's & Sons", zaniepokojona dużą liczbą zmarłych pacjentów doktora Shipmana zgłosiła swoje obawy do koronera dystryktu South Manchester. Stwierdziła ona, że przypadków śmiertelnych jest zdecydowanie za dużo, wobec czego doktor Harold Shipman albo w wyniku nierzetelnego wykonywania swoich obowiązków, albo też naumyślnie morduje swych pacjentów. Zastanawiający był również fakt, że większość z ciał trafiała do domu pogrzebowego z adnotacją "do kremacji", zupełnie jakby lekarz chciał coś ukryć.

Po dokładnym śledztwie odkryto, że Shipman zabijał swoich pacjentów - w większości kobiety - za pomocą zastrzyku z morfiny. Następnie fałszował karty, tak aby wyglądało że chorzy umierają z przyczyn naturalnych. Powiązano go z 215 morderstwami, choć możliwe że było ich znacznie więcej.

W 2004 roku Shipman popełnił samobójstwo.



1. Pedro López

Pedro López to postać tragiczna. Urodzony w Kolumbii jako jedno z dwanaściorga dzieci prostytutki z miejscowości Santa Isabel. W wieku ośmiu lat matka nakryła go na molestowaniu siostry, za co został wyrzucony z domu. Zdany tylko na siebie, szybko padł ofiarą pedofila, który umieścił go w zamknięciu i wielokrotnie wykorzystywał seksualnie. Gdy López zdołał uciec, trafił do sierocińca, z którego również szybko się ulotnił - ponieważ miał tam być molestowany przez jednego z nauczycieli.

W odwecie na społeczeństwie, López zaczął mordować jego przedstawicieli - zarówno tych, którzy dopuszczali się na nim złych uczynków, jak i Bogu ducha winne dziewczyny. A ma ich na koncie kilkaset - szacuje się, że około trzystu. Wprawdzie za morderstwo 110 dziewczyn odsiedział wyrok 14 lat więzienia w Kolumbii, jednak sam wówczas przyznawał, że było ich znacznie więcej.

Historia Lópeza jest tym straszniejsza, że obecnie pozostaje on na wolności. Miejsce zamieszkania tego pana - dziś już po 60-tce - jest nieznane. Nie wiadomo również czy zaprzestał swojej morderczej aktywności, czy też w dalszym ciągu zbiera swoje krwawe żniwo. Niestety, w przypadku umysłu tak bardzo zdeprawowanego, bardziej prawdopodobna jest ta druga wersja wydarzeń. Jeżeli w istocie, López kontynuuje swoją działalność, może się okazać że liczba jego ofiar idzie w tysiące...

poniedziałek, 20 września 2010

Miał imię boga, ale zgotował ludziom piekło

Apollo Milton Obote najpierw poprowadził Ugandę do wolności, a potem sam zniewolił ją przy pomocy brutalnej armii i tajnych służb. Rządził dwukrotnie, był odpowiedzialny za śmierć setek tysięcy ludzi. Stworzył także innego tyrana – Idiego Amina.

W 1962 roku Ugandyjczycy mieli co świętować. Ich kraj uzyskał właśnie niepodległość, a oni, w przeciwieństwie do sąsiadów z Tanzanii, Kenii i Sudanu, nie musieli zapłacić za to własną krwią. Starannie opracowana konstytucja pozwalała wierzyć, że liczne ugandyjskie plemiona będą potrafiły żyć ze sobą w zgodzie.

Nic z tego nie wyszło. Po dziesięciu latach rządził tam już Idi Amin, najgorszy z wszystkich afrykańskich tyranów, symbol okrucieństwa, pychy i głupoty. Dekadę później kraj pogrążony był w wojnie domowej, która niczym sęp rozszarpywała to, co pozostało z nieszczęśliwej Ugandy. Ptaki żerowały też na tysiącach niepochowanych zwłok, które pokryły ugandyjskie pola, wzgórza i brzegi rzek.

Niepodległość, Amina i konflikt łączy jedna postać - Milton Obote. To on był człowiekiem, w którego rękach dwukrotnie spoczął los Ugandy, jej premierem i prezydentem, władcą absolutnym. Mógł uczynić z niej stabilne i bezpieczne państwo. Stworzył piekło wraz z demonami.

Młody aktywista

Obote urodził się w wielodzietnej chłopskiej rodzinie w północnej wiosce Akoro w 1925 roku. Jego ojciec był jednym z lokalnych liderów plemienia Langi. Po ukończeniu nauki w protestanckiej szkole misjonarskiej, Milton rozpoczął ogólne studia humanistyczne na prestiżowym uniwersytecie w Mekerere. Po dwóch latach został wyrzucony z uczelni za udział w strajku. Dyplom zdobył później dzięki kursom korespondencyjnym.

Na początku lat 50. przeniósł się do Kenii, gdzie imał się różnych zajęć – pracował m.in. jako pomocnik w przetwórni cukru i urzędnik. Z czasem aktywnie zainteresował się polityką. Gdy Brytyjczycy zdelegalizowali kenijskie partie, Obote brał udział w organizowaniu tajnych spotkań działaczy zgromadzonych wokół Jomo Kenyatty, ojca niepodległości Kenii. Było to zajęcie ryzykowne, wymagające dużej odwagi.

Serce i ambicje ciągnęły jednak młodego aktywistę do ojczyzny, której przyszłość jawiła się ciągle niepewnie. Utworzony przez Wielką Brytanię w XIX wieku protektorat Ugandy złożony był z wielu średniowiecznych, niegdyś potężnych i niezależnych, afrykańskich królestw. Część z nich miała własne państwowe marzenia, pobudzane przez coraz wyraźniejszy zapach rozkładu Imperium Brytyjskiego. Obawiano się, że po uzyskaniu niepodległości Uganda zostanie rozerwana od wewnątrz przez plemienne walki o wpływy.

Aby zapobiec tragedii, ugandyjscy politycy, wśród których Obote – świetny mówca i przebiegły gracz – miał już wysoką pozycję, uszyli wraz z Brytyjczykami konstytucję skrojoną na ugandyjski wymiar. Uganda miała stać się wolnym państwem z rządem wybranym w demokratycznych wyborach. Najważniejsze królestwa - Bunyoro, Toro, Ankole i Buganda – zyskałyby znaczną autonomię, jednak nadal wchodziłyby w skład federacji i podlegały władzy centralnej.

Plan zdawał się działać. W kwietniu 1962 roku zwyciężyła partia Obote, Uganda People’s Congress (UPC), a jego samego ogłoszono premierem. Prezydentem, bez większej władzy wykonawczej, został kabaka sir Edward Frederick Mutesa II – król Bugandy. Zrzucanie kolonialnych kajdanów było praktycznie bezbolesne. Krajem nie wstrząsnęły walki etniczne, a tradycyjni władcy deklarowali chęć współpracy z mężami stanu nowej generacji. Wysokie światowe ceny kawy, bawełny i herbaty – głównych towarów eksportowych Ugandy – pozwoliły zgromadzić spore oszczędności w państwowym skarbcu i wierzyć, że wszystko będzie dobrze.

Zmiana skóry

Elegancki, elokwentny Obote spodobał się światowym i afrykańskim przywódcom. Mimo lekko socjalistycznego podejścia do gospodarki, potrafił skutecznie zachować neutralność w sporze między Zachodem a Wschodem i przyciągnąć zagranicznych inwestorów. Wspierał niepodległościowe dążenia innych kolonii i protektoratów. Był jednym z głównych projektantów Organizacji Jedności Afrykańskiej.

Na własnym podwórku Obote pokazywał jednak inną twarz. Nie było to oblicze zdolnego do kompromisów młodego demokraty, lecz nieprzejednanego autokraty. Milton głęboko wierzył, że jest jedyną osobą zdolną dobrze pokierować Ugandą. Nie miał zamiaru dzielić się władzą ani z przedstawicielami innych partii, ani z regionalnymi królami, którymi gardził, uważając ich za zakurzone relikty zamierzchłej przeszłości.


Do najostrzejszych spięć dochodziło między Miltonem a prezydentem. W 1964 roku Obote zgodził się na przeprowadzenie referendum na temat ewentualnego przekazania części terytorium Bugandy królestwu Bunyoro. Rozsierdziło to kabakę Freddiego, jak często określano Mutesę II. Jego partia, Kabaka Yekka, opuściła rządową koalicję, jednak UPC premiera zdołało utrzymać większość w parlamencie.

Chaos związany z politycznym kryzysem został wykorzystany przez armię, która zagroziła przeprowadzeniem zamachu stanu. Przyznając awanse i podwyżki, Obote opanował zdenerwowanych wojskowych. Zrozumiał jednak, że tylko w pełni kontrolując siły zbrojne będzie mógł w spokoju realizować swoje plany.

Pomóc miał mu w tym oficer, którego Milton ocalił kilka lat wcześniej przed brytyjskim trybunałem wojskowym za zamordowanie trzech wieśniaków w Kenii. Człowiek-gigant obdarzony niezbyt potężnym intelektem, za to – jak wierzył Obote – wyjątkowo wierny i łatwy do kontrolowania. W lutym 1966 roku premier mianował Idiego Amina Dadę generałem i dowódcą armii. Przypieczętował tym samym los swój i całego kraju.

Czytaj więcej o zbrodniach Idiego Amina!

Sala tortur

Kilka chwil wcześniej uzbrojeni policjanci wkroczyli do sali, w której trwało właśnie posiedzenie rządu. Bez pardonu wyprowadzili z niej pięciu ministrów. Obote ogłosił wtedy, że rozwiązuje Zgromadzenie Narodowe, zawiesza konstytucję i obala prezydenta. Ujawnił też nazwisko nowego szefa sił zbrojnych. Dwa miesiące później wprowadził zmienioną konstytucję. Likwidowała ona królestwa i urzędy regionalnych przywódców oraz przyznawała Obote tytuł głowy państwa i niemal nieograniczoną władzę.

Bugandyjski parlament, Lukiiko, sprzeciwił się tym zmianom. W odpowiedzi Milton nasłał Amina na pałac Mutesy II położony na wzgórzu Mengo w Kampali, stolicy kraju. Okrutny generał zamienił królewską rezydencję w ludzką rzeźnię. Podczas samego ataku ponad 200 osób straciło życie. W Bugandzie wprowadzono stan wojenny. Setki ludzi trafiły do więzień, gdzie torturowali ich funkcjonariusze kierowanego przez kuzyna Obote General Service Departament (GSD), tajnej ugandyjskiej służby. Król Freddie uciekł z miasta przebrany za żebraka. Trzy lata później zmarł na wygnaniu w Londynie. Zapił się na śmierć.

Prezydent Milton stawał się coraz bardziej brutalny i paranoiczny, wszędzie węszył zagrożenie i zdradę. Dla bezpieczeństwa rozdawał urzędy członkom rodziny, a oficerów, żołnierzy i siepaczy z bezpieki rekrutował głównie wśród ludzi z plemienia Langi i ich sojuszników, ludu Aczolich. Byli to twardzi i okrutni wojownicy, tradycyjnie nienawidzący Bugandyjczyków z południa kraju, w których widzieli dawnych ciemiężycieli. Z sadystyczną gorliwością wykorzystywali więc szansę na odwet daną im przez tyrana. Życie w największym niegdyś królestwie Ugandy z każdym dniem stawało się coraz trudniejsze.

Pod koniec dekady w diabelskim duecie Obote i Amina zaczęło iskrzyć. Jak się okazało, barbarzyński generał wcale nie miał zamiaru być marionetką wygadanego polityka. Amin gromadził wokół siebie wiernych wojskowych z uległych mu grup etnicznych. Na własną rękę wspierał kongijskich i sudańskich partyzantów i plądrował bogactwa naturalne sąsiednich krajów. Oskarżano go także o defraudację wojskowych funduszy. Niektórzy twierdzili, że pod tym zarzutem krył się żal, iż nie podzielił się łupami z dyktatorem. W 1971 roku skarg na Amina było tyle, że Obote musiał pozbyć się niewygodnego dowódcy. Miał zrobić to po powrocie z konferencji w Singapurze. Nie zdążył. Idi przeprowadził pucz. Zawsze strzelał pierwszy.

Milton znalazł schronienie u Juliusa Nyerere w Tanzanii. Miliony Ugandyjczyków nie mogły uciec przed tym, co miało nadejść. W ciągu ośmiu lat rządów psychopaty Amina zginęło ich około 300 tysięcy.

Powrót

W 1979 roku krwawe chmury na moment pozwoliły słońcu znów zaświecić nad Ugandą. Aminowskie siły zaatakowały terytorium Tanzanii, a jej wojsko – znacznie bardziej zdyscyplinowane i lepiej zorganizowane – odparło napad, ruszyło z własną ofensywą i szybko obaliło rząd szaleńca z Kampali. Tanzańczykom w walce pomagali nienawidzący Amina ugandyjscy partyzanci, głównie z południa kraju. Za nimi do ojczyzny ciągnęli wygnani politycy, w tym Milton Obote. Ugandy była zdewastowana, wykrwawiona, umęczona. Masowe groby, odkrywane w każdym zakątku „perły Afryki”, przypominały o jej tragicznych doświadczeniach.

W grudniu 1980 roku do wyborów stanęły cztery ugrupowania, które przez wcześniejsze miesiące kłóciły się przywództwo. Z wyraźną przewagą wygrało UPC Obote. Wynik do dzisiaj uważa się za kontrowersyjny, często uznawany jest za nieważny. Milton ciągle posiadał w Ugandzie wielu przyjaciół, w tym Paulo Muwangę, przewodniczącego komisji wyborczej. Podczas elekcji otwarcie faworyzował on dawnego władcę.

Wielu byłych rebeliantów, z Yowerim Musevenim, dzisiejszym prezydentem Ugandy na czele, odrzuciło rezultaty głosowania. Ponownie chwycili za broń, ukryli się w buszu w centralnym regionie Luwero i rozpoczęli walkę partyzancką. 


Obote nie miał zamiaru stracić władzy drugi raz. Zapowiedział właśnie liczne reformy gospodarcze, pozyskał pieniądze od organizacji międzynarodowych. Nikt nie miał prawa mu przeszkadzać. Z buntownikami postanowił rozprawić się za wszelką cenę.

Kraina krwi

Konflikt, zwany wojną w buszu, trwał pięć lat. Rządowe wojsko, złożone głównie z młodych mężczyzn z północnych plemion, bez skrupułów równało z ziemią wioski podejrzane o sprzyjanie rebeliantom. Aby odizolować partyzantów od ludności cywilnej, w Luweero i Bugandzie utworzono obozy koncentracyjne, do których przesiedlono ponad pół miliona ludzi. Dochodziło w nich do prawdziwie dantejskich scen. Na polecenie Obote tysiące rzekomych przeciwników było torturowanych w sposób niemniej okrutny niż za czasów Amina.

Partyzanci z National Resitance Army, chociaż znacznie mniej liczni od armii Miltona, potrafili wytrzymać jej napór. Duża w tym zasługa Museveniego, inteligentnego i doświadczonego przywódcy, który rebelianckie szlify zdobył jeszcze w latach 70. NRA nie było jednak grupą krystalicznych herosów walczących wodą święconą ze złem wcielonym. Do swoich szeregów werbowali - podobnie jak wojsko - również dzieci, nierzadko mordowali jeńców i używali min przeciwpiechotnych, bardzo niebezpiecznych dla niewinnych cywilów.

W wyniku walk zginęło, według różnych statystyk, od 100 do 500 tysięcy ludzi, głównie z rąk sił rządowych. Najczęściej pojawiające się dane mówią, że życie straciło około ćwierć miliona osób.

Ostateczny cios w reżim Obote nie nadszedł ze strony powstańców. Został zadany w plecy. Lud Aczoli, główny filar rządowej armii, czuł się niedoceniony przez dyktatora. Chociaż to głównie na ich barkach spoczywał ciężar walk z partyzantami, najwyższe stanowiska w wojsku przyznawane były oficerom Langi. Czara goryczy przelała się, gdy szefem sztabu został jeden ze współplemieńców Miltona, generał brygady Smith Opon Apac. W czerwcu 1985 roku zbuntowani Aczoli dokonali zbrojnego przewrotu. Obote uciekł do Kenii, a następnie osiedlił się w Zambii. Nowym liderem Ugandy został generał Bazilio Olara-Okello. Rok później władzę przejął Yoweri Museveni.

Bez trzeciej szansy

Ugandę w tamtym czasie postrzegano przez pryzmat bestialskiego teatru Idiego Amina. Przy swoim rozkochanym w makabrze protegowanym Obote faktycznie mógł wydawać się jedynie umiarkowanym despotą. Dopiero ujawnione po wojnie okrucieństwa, których dopuścił się jego reżim, pokazały, że Milton był Aminem w garniturze. Dystyngowanym, wykształconym, ale i opętanym manią władzy potworem, który zrobiłby wszystko, aby utrzymać się na tronie. Tak jak wielu przed nim i wielu po nim na całym świecie, tłumaczył to dobrem swojego państwa, chęcią obrony wartości wymagających poniesienia najwyższych ofiar.

By chronić swoje idee, poświęcił setki tysięcy rodaków. Sam zmarł 10. października 2005 roku w wieku 80 lat w szpitalu w Johannesburgu w RPA. Do śmierci marzył o powrocie do Ugandy, aby spróbować jeszcze raz.

Mimo swoich zbrodni został pochowany w Kampali jako były premier i dwukrotny prezydent.

Michał Staniul, Wirtualna Polska

Zobacz również bloog autora: Blizny Świata!

piątek, 17 września 2010

„Seryjni mordercy” w Discovery World

Kim byli? Dlaczego zabijali? Jakim sposobem tak długo udało im się uniknąć kary? Choć śledztwa związane z popełnionymi przez nich zabójstwami zostały już dawno zamknięte, to odpowiedzi na te i inne pytania nadal poszukują pasjonaci kryminalistyki. Zbrodnicze umysły intrygują przebiegłością w działaniu oraz umiejętnością wcielania się w życiowe role, które pozwoliły im ukrywać ich przestępczą działalność. Władca much przez ponad pół roku kolekcjonował zwłoki swoich ofiar we własnym mieszkaniu. Mordujący staruszki niepozorny maturzysta z Krakowa sprawił, że miasto na wiele miesięcy opanowała psychoza strachu. Frankenstein, na pozór przykładny ojciec i mąż, w głębi duszy – bestia, przez 8 długich lat zabijał i umykał wymiarowi sprawiedliwości. Wreszcie Wampir z Bytowa – upośledzony 26-latek, który przyznał się do zamordowania ponad 70 kobiet na terenie całej Polski. Akta policyjnych śledztw, które dzięki temu serialowi ujrzały światło dzienne, zmrożą krew w żyłach każdemu widzowi.

Dokument opowiada o sześciu najbardziej znanych i brutalnych polskich mordercach, którzy działali od lat 40. do 90. Dochodzenia, jakie w ich sprawie prowadzili śledczy, często okazywały się żmudną i bezowocną pracą, zaś rozwiązaniu zagadek w wielu śledztwach pomógł zwykły przypadek. Pracujący nad dochodzeniami eksperci powiedzą, jak z ich punktu widzenia wyglądało śledztwo: jak zabezpieczano dowody, dlaczego dane postępowanie utkwiło w miejscu i co trzeba było zrobić, by ruszyć je z miejsca. Zdjęcia z miejsc zbrodni uzupełnione wypowiedziami zabójców, ich niedoszłych ofiar oraz świadków dodadzą grozy i pokażą, z jak mroczną rzeczywistością musieli zmierzyć się wszyscy uczestnicy tamtych wydarzeń.
Dzisiaj nasuwają się jednak nowe pytania – czy aby na pewno zostali ujęci prawdziwi sprawcy zabójstw? Czy może któryś z morderców uniknął kary? Czy dzisiaj wszystkich sprawców zbrodni również skazano by na karę śmierci? A może oskarżono tylko o niepoczytalność i zamknięto w szpitalu psychiatrycznym? Techniki kryminalistyczne poszły już daleko naprzód od lat 40., kiedy to uderzył pierwszy z tych seryjnych morderców. Możliwe, że można by dzisiaj podważyć wiele decyzji, jakie podjęli wówczas śledczy i sędziowie.

Ostatnim żyjącym seryjnym mordercą jest Leszek Pękalski, odsiadujący w więzieniu karę 25 lat pozbawienia wolności. Czy kiedy wyjdzie na wolność, poczujemy na własnej skórze mroczną atmosferę sprzed lat? Wydawałoby się, że seryjni mordercy to tylko wymysł twórców amerykańskich seriali. Jak się jednak okazuje, rzeczywistość może być bardziej przerażająca niż niejeden filmowy scenariusz.

Polscy Seryjni mordercy: Wampir z Bytowa

W 1991 roku niedaleko Bytowa w województwie pomorskim zostają znalezione zwłoki Sylwii R. Dochodzenie jednak w tej sprawie z braku dowodów zostaje umorzone. Kilkanaście miesięcy później zostaje brutalnie zgwałcona mieszkanka Bytowa, Bernadetta B., która wskazuje na sprawcę, jej sąsiada Leszka Pękalskiego – upośledzonego umysłowo 26-latka, który tuż po zatrzymaniu przyznaje się do czynu. Sprawa jednak się na tym nie kończy: podczas dochodzenia mężczyzna przyznaje się do wielu innych czynów – w tym także do zabójstwa Sylwii R. i ponad kilkudziesięciu morderstw, jakich miał się dopuścić na terenie Polski. W trakcie długiego śledztwa na postawie zeznań podejrzanego policja dociera do kolejnych ofiar, zaś w mediach pojawiają się sensacyjne wieści na temat kolejnych domniemanych morderstw Pękalskiego. Ogłoszony jednym z największych polskich morderców, skazany został jednak tylko za jedno zabójstwo z ponad 70, które mu przypisywano. W 2017 roku Pękalski prawdopodobnie opuści więzienie.

Polscy Seryjni mordercy: Król miasta

W 1955 roku do jednego z krakowskich szpitali zgłasza się mężczyzna narzekający na okropny ból głowy. Na prześwietleniu widać znajdującą się w czaszce pacjenta kulę z pistoletu. Chory z początku nie potrafi sobie przypomnieć, jak mogła się ona znaleźć w jego głowie, ale pamięć zaczyna mu wracać. Śledczy nie mogą uwierzyć, gdy jako sprawcę niedoszłego zabójstwa wskazuje Władysława Mazurkiewicza – majętnego i szanowanego wśród krakowian mężczyzny. Uchodził za zdolnego biznesmena, mającego znajomości wśród najbogatszych mieszkańców Krakowa. Jednak większość ludzi, z którymi miał prowadzić intratne interesy, znikała w niewyjaśnionych okolicznościach. W trakcie śledztwa milicja odkrywa, że Mazurkiewicz swoich niedoszłych współpracowników mordował, a zwłoki ograbiał z kosztowności. Plotki na temat współpracy Mazurkiewicza – najpierw z nazistami w czasie wojny, potem z Urzędem Bezpieczeństwa – mogłyby tłumaczyć przymykanie oczu przez władze na zbrodniczą działalność mężczyzny.

Polscy Seryjni mordercy: Frankenstein

Śledztwo w sprawie dokonanych na Śląsku tajemniczych morderstw na 6 młodych kobietach na przełomie lat 70. i 80. ciągnęło się 8 długich lat. W tym samym czasie rozstrzygała się sprawa innego śląskiego mordercy Zdzisława Marchwickiego – „wampira z Zagłębia”. Podczas gdy Marchwicki czeka na wyrok śmierci, w Chorzowie ginie świadek popełnionego przez niego morderstwa. Brak śladów sprawia jednak, że śledztwo staje w miejscu. Tymczasem zabójca uderza ponownie, napadając na kobiety i małe dziewczynki. Wreszcie pojawia się ślad: na komendę zgłasza się Joachim Knychała, który twierdzi, że jego szwagierka spadła ze skarpy podczas spaceru i zginęła na miejscu. Podczas oględzin zwłok śledczy dochodzą jednak do wniosku, że obrażenia kobiety nie wyglądają na powstałe w wyniku upadku, a na zadane takim samym narzędziem, jakim posługiwał się Frankenstein. Świadek wypadku przypomina zaś człowieka z portretu pamięciowego. Knychała szybko i z dumą przyznaje się do wszystkich morderstw i napadów…
 

Polscy Seryjni mordercy: Był sobie chłopiec

W 1964 roku spokojny Kraków zaniepokoiła seria napadów na starsze kobiety. Sprawca atakował nożem, od tyłu, dzięki czemu unikał identyfikacji. Nie został ujęty, a jedynym śladem były zeznania ocalałych ofiar: powtarzała się w nich uwaga o szkolnej tarczy na mundurze zabójcy. Psychoza, jaka zapanowała w mieście, zakreślała coraz szersze kręgi: sparaliżowała ludzi na tyle, że samotne staruszki wychodziły z domu z przywiązanymi do pleców pokrywkami od garnków. Sprawcy jednak nie ujęto. Po 1,5 roku spokoju zaatakował ponownie: tym razem jego ofiarą padł 11-letni chłopiec, kolejna była 7-letnia dziewczynka, której jednak udaje się zbiec nożownikowi. Wreszcie na komisariacie milicji pojawia się młoda dziewczyna, która obwieszcza, że „wampirem” jest prawdopodobnie jej kolega z kółka strzeleckiego. Jak się potem okazało, sprawcą wszystkich tych morderstw był Karol Kot – maturzysta o niewinnej, chłopięcej twarzy, który podczas przesłuchań przyznał się do kilku morderstw oraz prób otrucia.

Polscy Seryjni mordercy: Władca much

W latach 60. Katowicami wstrząsnęło makabryczne odkrycie w mieszkaniu znajdującym się na poddaszu jednej z kamienic: znaleziono w nim szczątki kilkunastu poćwiartowanych zwłok. O tym, że coś dziwnego dzieje się w tym mieszkaniu, powiadomili milicję sąsiedzi. Zaniepokoiły ich plagi robactwa, które wydobywały się z kanalizacji, fetor rozkładającego się mięsa i roje ogromnych much unoszących się przy oknie poddasza. Nikt jednak nie spodziewał się, że źródłem tych zjawisk będzie mordercza działalność ich cichego sąsiada Bogdana Arnolda – niepozornego elektryka, który tuż po odkryciu przez milicję jego tajemnicy zniknął jak kamień w wodę. W końcu odnaleziony zaczął składać wstrząsające zeznania: będące niegdyś pralnią mieszkanie było miejscem spotkań Arnolda z katowickimi prostytutkami, które gościnnie przyjmował, a następnie mordował. Zmasakrowane ciała kobiet lądowały w wielkiej wannie, niegdyś służącej mieszkańcom kamienicy do prania, teraz spełniającej rolę swoistej blaszanej trumny…

Najsłynniejsi seryjni mordercy świata

Hrabianka Elżbieta Batory. XVII-wieczna węgierska szlachcianka, znana także jako "krwawa hrabianka" zabiła ponad 600 osób. Jej ofiarami padały młode dziewczyny. Jej ulubioną "rozrywką" było wyrzucanie nagich ludzi zimą na śnieg, a potem polewanie ich lodowatą wodą. Podobno kąpała się w krwi zamordowanych, by zachować swą urodę. Skazano ją na śmierć głodową i zamurowano żywcem w jednej z komnat jej zamku.




 Pedro Alonso Lopez - "Andyjski potwór". Zabił ponad 300 ludzi. On także atakował przede wszystkim młode dziewczyny. Grasował w Kolumbii, Peru i Ekwadorze w latach 70. Wpadł w 1980 roku i trafił do kolumbijskiego więzienia. W 1998 roku wyszedł na wolność za dobre sprawowanie i ślad po nim zaginął. A najgorsze jest to, że, gdy wychodził z więzienia, to groził, że świat znów o nim usłyszy.





Henry Lee Lucas i Ottis Toole to zabójcy z Teksasu. Przypisuje im się śmierć 200 osób. Polowali głównie na autostopowiczów. Oferowali, że podwiozą niczego niespodziewających się ludzi, a potem brutalnie mordowali. Zabijali wszystkich, dzieci, kobiety i mężczyzn. A zwłoki gwałcili. Złapano ich w 1983 roku. Początkowo skazano na karę śmierci, ale Toole zmarł w więzieniu na marskość wątroby, a gubernator Teksasu, Jeb Bush zamienił Lucasowi karę na dożywotnie więzienie.






Bruno Ludke, czyli morderca z Niemiec. Ma na swym koncie ponad 80 zabójstw. Zaczął mordować w latach 20. ubiegłego wieku. Gwałcił i zabijał kobiety. Pierwszy raz wpadł, kiedy udowodniono mu gwałt. Wysterylizowano go, bo pozwalało na to hitlerowskie prawo. Wyszedł na wolność i dalej mordował. Wpadł znów w 1943 r. Uznano go za psychicznie chorego, a ponieważ prawo zakazywało więzienia takich osób, Ludke trafił do szpitala w Wiedniu. Tam nazistowscy lekarze wykorzystali go jako królika doświadczalnego w eksperymentach medycznych. W 1944 r. zmarł podczas jednego z nich.







Andriej Czikatiłow - ten grasował w Związku Radzieckim. I był jednym z najdłużej działających morderców. Pierwszą ofiarę zamordował w 1978 roku. To była dziewięciolatka, którą chciał zgwałcić, a gdy się wyrywała, przebił ją nożem. Zabijał dzieci i kobiety, później do listy ofiar dorzucił także chłopców. Wpadł w listopadzie 1990 r. Przyznał się do 56 morderstw. Sąd skazał go na śmierć przez rozstrzelanie. Wyrok wykonano 14 lutego 1994 r.

czwartek, 16 września 2010

Seryjni mordercy Ameryki

Wieczorem 2 października 2002 roku "Snajper z Waszyngtonu" zaatakował po raz pierwszy. Zaczął strzelać z karabinu w kierunku sklepu ogrodniczego. Chwilę później zginął mężczyzna tankujący samochód. Następnego dnia, jednym strzałem w tył głowy, bandyta morduje kolejne cztery. W mieście wybucha panika. Policja i FBI nie znają motywów psychopaty, nie potrafią obronić ludzi przed kolejnymi atakami. A na te nie trzeba było długo czekać...

4 października snajper znowu zabija kolejne osoby. W ciągu trzech tygodni John Muhammad, jak się później okazało, wraz z Lee Boydem Malvo, zamordowali 10 osób. Za zaprzestanie morderstw żądali okupu w wysokości dziesięciu milionów dolarów.

Na zdjęciu John Muhamad.

 

Meżczyźni zostali ujęci 24 października 2002 roku, przede wszystkim dzięki wskazówkom, jakie policja i FBI otrzymała od obywateli.

Dowody zebrane w trakcie śledztwa pozwoliły jednak na udowodnienie Muhammadowi tylko jednego morderstwa. Jego obrońcy podczas procesu argumentowali, że był niepoczytalny. Przyczyną tego miał być głęboki stres pourazowy, spowodowany przeżyciami z czasów wojny w Zatoce Perskiej. Snajper został skazany na karę śmierci, przez zastrzyk z trucizną. Egzekucja odbyła się 10 listopada 2009 roku.

Jego wspólnik, jako że był niepełnoletni, dostał dożywocie, bez możliwości ubiegania się o przedterminowe zwolnienie.

Na zdjęciu Lee Boyd Malvo.


Seryjni mordercy Ameryki Michael Ross - "Dusiciel z pobocza drogi"

Pierwszej zbrodni dopuścił się 12 maja 1981 roku. Zgwałcił i zamordował wtedy studentkę. Ciało kolejnej ofiary znaleziono kilka miesięcy później, w miejscu położonym kilka kilometrów od poprzedniej zbrodni. Ross został schwytany po zabójstwie ostatniej ofiary w Connecticut.

Zwyrodnialec najczęściej polował na młode autostopowiczki. Gdy te wsiadły do jego samochodu, wywoził je w odludne miejsca. Potem brutalnie gwałcił. Zawsze tak samo kończył zbrodnię. Rozkazywał dziewczynie, by przekręciła się na brzuch. Chwytał ją i dusił rękoma.

Ross brutalnie zgwałcił i zamordował osiem młodych kobiet. Według psychologów "Dusiciel z pobocza drogi" zabijał, by wyładować agresję i zaspokoić swoje fantazje seksualne. Podniecały go porwania kobiet i ich błaganie o litość. Gdy został schwytany, przyznał się do wszystkich zbrodni. Stwierdził także, że nie panuje nad swoimi popędami i gdyby nikt go nie powstrzymał, dalej by zabijał.

Sąd skazał Rossa na karę śmierci przez uśpienie zastrzykiem z trucizną. Wyrok wykonano w więzieniu stanowym w Connecticut 13 maja 2005 roku.

Seryjni mordercy Ameryki Kenneth McDuff - "Miotlarz"

Był seryjnym mordercą, który "lubił zabijać kobiety, bo skrzeczały jak kury, gdy zadawał im śmierć".

Swoje pierwsze zabójstwo popełnił 6 sierpnia 1966 roku. W drodze do Forth Worth razem z kolegą zobaczyli troje nastolatków. Sterroryzowali ich pistoletem. Dwóm chłopcom kazali wsiąść do bagażnika, a dziewczynę posadzili na tylnym siedzeniu. Pojechali za miasto. Tam zgwałcili kilkakrotnie 16-latkę i zastrzelili chłopców. Gdy chcieli pozbyć się dziewczyny, okazało się, że skończyły im się naboje. Kenneth wyciągnął ją z auta i wlókł przez żwirową drogę dotąd, aż znalazł odpowiednie narzędzie do zabójstwa. Był to kij od szczotki. Chwycił go i wbił z całej siły w gardło dziewczyny.

Mężczyźni niedługo potem wpadli w ręce policji. "Miotlarz" został skazany na karę śmierci za trzy morderstwa i gwałt. W 1972 roku jednak amerykański sąd zniósł karę pozbawiania życia. Kenneth dostał w zamian dożywocie, ale szybko postarał się o przedwczesne opuszczenie więzienia. W 1990 roku był już na wolności. I dalej chciał zabijać...



Jak zapowiedział, tak zrobił. Już w październiku 1991 roku porwał i zabił 21-letnią Reginę Moore. Ostatniego morderstwa McDuff dokonał w 1992 roku. Wtedy popełnił błąd. Porzucił swój samochód 30 metrów od zwłok zamordowanej kobiety. Dzięki temu policja bardzo szybko go schwytała.

"Miotlarz" zabił w sumie osiem kobiet, w tym jedną w ciąży. Został skazany na śmierć przez uśpienie zastrzykiem. Egzekucja odbyła się 17 listopada 1998 roku. Krótko przed straceniem, rodziny ofiar błagały Kennetha, by wskazał miejsca, gdzie są ciała ich bliskich. Zwyrodnialec jednak tego nie wyjawił.

Seryjni mordercy Ameryki John Wayne Gacy - "Morderca w przebraniu"

Gacy wpisuje się na listę najgorszych seryjnych morderców. Zabił i zgwałcił 33 młodych mężczyzn i chłopców. Nikt nie przypuszczał, że w skórze członka partii demokratycznej, dyrektora firmy i działacza społecznego, prezentującego się w stroju klauna, kryje się tak potworny bandyta i zwyrodnialec.

Gacy od dawna molestował seksualnie dzieci. Po raz pierwszy został za to skazany w 1968 roku. Dostał wtedy 10 lat więzienia, ale za dobre sprawowanie wyszedł po...18 miesiącach! Założył własną firmę, która bardzo dobrze prosperowała. Zatrudniał w niej młodych chłopców do pracy. W wolnych chwilach przebierał się w strój klauna i dawał występy charytatywne w szpitalach.

Po pewnym czasie jego skłonności zaczęły dawać o sobie znać...



12 grudnia 1978 roku zaginął Robert Piest. Ostatni raz widziany był w towarzystwie Gacy'ego. Policja przeszukała jego dom. Dokonali tam makabrycznego odkrycia. Pod podłogą znaleziono 27 rozkładających się ciał. Zatrzymany John zaczął zeznawać.

Jego ofiarami padały najczęściej męskie prostytutki, ale także chłopcy zwabieni z ulicy. Zakładał im kajdanki, pod pretekstem pokazania magicznych sztuczek. Potem ich ogłuszał, gwałcił i brutalnie mordował. W takcie śledztwa wskazał, gdzie znajduje się reszta ciał.

Proces pedofila rozpoczął się 6 lutego 1980 roku. Morderca nie wyraził żadnej skruchy. Został skazany na karę śmierci przez zastrzyk z trucizną. Podczas egzekucji powiedział strażnikowi, że "może go pocałować w dupę". W dniu stracenia Gacy'ego w USA setki ludzi wyszło na ulicę, by zademonstrować swoją radość i poparcie dla wyroku.

Seryjni mordercy Ameryki Henry Lee Lucas

Lucas był synem prostytutki i kalekiego meżczyzny. Już jako dziecko zwyrodnialec zabijał zwierzęta i uprawiał seks z ich zwłokami. 11 stycznia 1960 roku ugodził swoją matkę nożem. Został za to skazany i trafił do więzienia. Po 10 latach wyszedł, bo sąd uwierzył w jego resocjalizację.

Na kolejne zbrodnie przestępcy nie trzeba było długo czekać. Lucas poznał i związał się z pewną kobietą. "Ukochana" odeszła od niego, gdy dowiedziała się, że partner molestuje jej dwie kilkunastoletnie córki.

Później Lucas wyjechał na Florydę. Tam poznał Ottisa Toola, który stał się jego kompanem w zbrodniach. Obydwaj napadali na młode kobiety, głównie prostytutki, autostopowiczki i turystki.

Zabijali je, odbywali stosunek ze zwłokami, a potem ćwiartowali ciało i skrzętnie ukrywali. Po każdej zbrodni uciekali do innego stanu, by uniknąć kary. Lukas wpadł, gdy zabił kobietę, z którą wcześniej się spotykał.

15 czerwca 1983 roku Lucas i Toole zostali skazani za wielokrotne morderstwa przez sąd w Huntington na karę śmierci. Wcześniej Lucas przyznał się do popełnionych zbrodni. Dokładna liczba zabójstw dokonanych zarówno przez Lucasa, jak i Toole do dziś nie jest znana.

Seryjni mordercy Ameryki Earle Nelson - "Mroczny dusiciel"

Był wychowywany przez ciotkę. Jego matka zmarła z powodu choroby wenerycznej, gdy Nelson miał dziewięć miesięcy. Earle już od małego przejawiał objawy niedorozwoju psychicznego. Jako kilkunastoletni chłopak najbardziej lubił chodzić na rękach, podnosić krzesła zębami i ukrywać się w piwnicy. To właśnie tam popełnił pierwsze przestępstwo. W 1918 roku napadł, porwał i zabił małą dziewczynkę. Po tej zbrodni został osadzony w szpitalu psychiatrycznym, z którego notorycznie uciekał.

Morderstwa Nelsona przebiegały zawsze według jednego schematu. Na ofiary wybierał kobiety, bądź młode dziewczyny. Najpierw okrutnie je zabijał, a potem gwałcił ich zwłoki. Zwyrodnialec zabierał zamordowanym ofiarom biżuterię i sprzedawał na targach. Dzięki temu policji w końcu udało się schwytać "Mrocznego dusiciela" - bo tak został nazwany przez prasę.

Nelson zamordował co najmniej 22 osoby. W czerwcu 1927 roku został osadzony w areszcie w Killarney. W nocy zdołał jednak zbiec, otwierając zamek pilnikiem do paznokci. W miasteczku wybuchła panika na wieść o ucieczce "Mrocznego dusiciela". Na szczęście psychopata został schwytany 12 godzin później.

Jeszcze w tym samym roku udowodniono mu dokonanie zabójstwa. Mimo choroby psychicznej sąd nie uznał jego niepoczytalności. Dostał karę śmierci. Został stracony 13 stycznia 1928 roku.

22 zbrodnie, które zostały odkryte już po procesie nie stanowią pełnej listy jego przestępstw. Przypuszcza się, że ofiar gwałciciela - psychopaty mogło być dużo więcej...

Seryjni mordercy Ameryki Albert Fish - "Wampir z Brooklynu"

"Musiałem składać dzieci w ofierze, by oczyścić się ze swych grzechów..." - tak tłumaczył swoje morderstwa Albert Fish, jeden z najgorszych morderców i pedofilii, jakich znała Ameryka.

3 czerwca 1928 roku 58-letni Fish, który był malarzem pokojowym, zapukał rankiem do drzwi domu państwa Budd. Małżeństwo było rodzicami Edwarda, który zamieścił w nowojorskiej gazecie ogłoszenie o poszukiwaniu pracy. Fish przedstawił się jako Frank Howard i zaproponował chłopcu etat na stanowisku pomocnika, przy odnawianiu mieszkań.

Nie wiadomo, czy Fish naprawdę go potrzebował. Pewne jest, że psychopata oniemiał, gdy podczas rozmowy do pokoju zajrzała 10-letnia siostra Edwarda, Grace. Piękna, mała dziewczynka usiadła grzecznie w kącie i zaczęła rozmawiać...

Fish postanowił "zdobyć" ofiarę na własność. Poprosił rodziców, by pozwolili mu zabrać dziewczynkę na podwieczorek urodzinowy swojego siostrzeńca. Państwu Budd ciężko było podjąć decyzję, ale Fish wzbudzał u nich duże zaufanie. Zależało im także na pierwszej pracy dla Edwarda. W końcu zgodzili się.

W ten sposób morderca zwabił ofiarę do pustego domu na obrzeżach. Rozebrał się, a potem zabił małą Grace. Odciął jej głowę i zakopał.

- Udusiłem ją, potem pociąłem na małe kawałeczki, tak żebym mógł zabrać mięso do swojego mieszkania. Ugotowałem ją i zjadłem. Jak słodka i delikatna była jej mała dupcia, upieczona w piekarniku. Zajęło mi dziewięć dni by zjeść ją całą - opowiadał po latach.

Kanibal został ujęty po tym, jak napisał list do rodziców Grace. Wyjawił w nim szczegóły morderstwa. Okrutny pedofil został oskarżony o zabicie co najmniej pięciorga dzieci, a przyznał się do torturowania co najmniej setki. Kiedy sąd skazał go na karę śmierci przez krzesło elektryczne, powiedział: "to dopiero będzie przeżycie, umrzeć na krześle...". Został stracony 16 stycznia 1936 roku. 

Seryjni mordercy Ameryki - Herman Webster Mudgett - "Dr. Henry Howard Holmes"

Jest przedstawiany jako pierwszy seryjny morderca w USA. Swoją "karierę" przestępczą rozpoczął około roku 1887 w Englewood na przedmieściach Chicago. Podjął pracę w drogerii u pięknej blondynki - pani Holton. Niedługo potem kobieta zniknęła, a Holmes poinformowali sąsiadów, że właścicielka wyjechała na dłużej do Kalifornii. Potem w jego okolicy pojawiły się kolejne kobiety, które znikały bez wieści...

Kiedy w 1893 roku Chicago przeżywało oblężenie turystów w związku z wystawą światową, Holmes postanowił wynajmować pokoje w swoim domu. Oszukiwał przy tym swoich gości ile się dało, a wielu z nich, gdy weszło do pensjonatu, już nigdy z niego nie wyszło.

Mudgett wpadł w ręce policji przez oszustwo ubezpieczeniowe, które uknuł z Benem Pitezelem. Po przeszukaniu jego "zamku" dokonano niezwykłych odkryć. W pokojach pensjonatu znajdowały się rurki gazowe i wizjery. Dopływ gazu regulowany był z gabinetu Holmesa. W piwnicy zaś znaleziono narzędzia chirurgiczne i piec krematoryjny.

W procesie nigdy nie dowiedziono mu popełnienia wszystkich zbrodni. Sąd skazał go na karę śmierci za zabójstwo Pitezela. O całej reszcie zbrodni dowiadujemy się z jego pamiętników, które spisywał w więzieniu i za słoną opłatą sprzedawał do gazet. To w nich przyznał się w sumie do 27 morderstw, z których dziewięć później potwierdzono. W swoim hotelu prawdopodobnie zamordował około stu gości.

Herman Webster Mudgett został powieszony 7 maja 1896 roku.